A cuckoo said in my brain: “Too late.”

Image

Och było tak świątecznie w tym roku. Tak bardzo siedziałem sam w mieszkaniu, oglądałem słabawy serial i chorowałem jak głupi. W piątek z tego wszystkiego nie polazłem do roboty i zrobiłem sobie home office, bo byłem marvelowskim człowiekiem-glutem. Mam żal do siebie, bo przez te święta niczego nie zrobiłem – obiecywałem sobie, że totalnie posprzątam chatę, przygotuję materiały do pracy i w końcu skończę Okami w HD. Nie dałem rady. Na pewno miałem jakąś gorączkę, ale przez brak termometru nie mogłem tego potwierdzić.

Dzisiaj w barze studio super mega wielka impreza i mam być, bo inaczej fopas, a mi tak bardzo nie chce się iść. Plus nadal nie wyzdrowiałem w 100%, a za tydzień czeka mnie runda szczepień na żółtaczkę i tyfus przed wyjazdem służbowym do Azji. ICOTERAZ?!

Takie marudzenie. Z drugiej jednak strony od paru miesięcy zasuwam intensywnie i zaczyna mi się chcieć robić rzeczy. Cały dzień spędzony w pracy, a ja jeszcze mam energię iść z psem na 40 minut do parku, zbierać materiały pod własny kanał na YouTube i odkurzyć mieszkanie. Dobry czas. Z tej okazji wracam też do tego blogu, który raczej nie zostanie już tak zapuszczony jak poprzednio. Czas wziąć się za te książki, muzykę, gry, filmy i seriale jak należy, bo nikt inny tego za mnie nie zrobi.

Dzisiaj włączcie sobie Vana Morrisona z 1969 i ekscytujcie się wspaniałością.

And I want to rock your gypsy soul
Just like way back in the days of old
And magnificently we will float into the mystic

Burning Embers

Oto nadchodzi nowa era skurwysyństwa, radujmy się wszyscy!

Cyfrowa dystrybucja droższa niż fizyczny kolportaż, pełna kontrola treści, ciągłe monitorowanie użytkowników… krew się we mnie gotuje i mam ochotę dać komuś w mordę.

Już wcześniej marudziłem na nowe modele dystrybucji elektronicznej, ale wtorkowe odsłonięcie przyszłego Xboxa tchnęło życie w, do tej pory odległe, dystopiczne wizje przyszłości.

Większość reakcji w internecie, jak i na żywo, jest przytłaczająco negatywna, ale nawet osoby zarabiające na życie analizowaniem takich wiadomości pierdolą o detalach zupełnie nie zauważając wyłaniającego się obrazu. Jak zwykle moja frustracja została podsycona ignorancją komentatorów i teraz czas się wyżyć!

I am sooo raging right now!

I am sooo raging right now!

Kilka miesięcy temu krążyły przeróżne plotki o nadchodzącym Xboxie. Największy popłoch budziły dwie informacje: always-on, czyli wymóg ciągłego połączenia z internetem oraz Microsoft w całości przerzucający się na dystrybucję cyfrową.

Wtorkowa prezentacja dała nam wiele powodów do marudzenia (tv, tv, tv, spowwwts!), ale przynajmniej możemy przestać się bać, bo gry będą wydawane na płytach i nie ma wymogu always-on, prawda? A gówno, nie prawda!

To co zostało nam przedstawione nie jest nawet kompromisem, to dokładnie spełnienie naszych najgorszych przypuszczeń, tylko lekko przebrane, żebyśmy nie zauważyli co się tutaj tak naprawdę dzieje. Poziom skomplikowania całego procesu dystrybucji, DRM i kupna gier z drugiej ręki powinien zapalić lampkę alarmową, że dzieje się coś więcej, niż tylko nowa wersja Online Passes.

Prześledźmy proces:

Po pierwsze, po kupnie gry na płycie w lokalnym sklepie, by włączyć grę, będziemy musieli ją w pełni zainstalować na dysku.

Microsoft mówi: to dla waszej wygody, bo potem nie będziecie potrzebować płyty, by grać…

Ja mówię: gówno prawda, to tylko po to, by na stałe powiązać tę kopię gry z naszym kontem. 

Microsoft mówi: ale musimy powiązać grę z kontem, bo przecież będzie w pełni zainstalowana, więc jak inaczej możemy zapobiec wielokrotnym i jednoczesnym instalacjom z jednego nośnika? 

Ja mówię: na przykład przez nie wymuszanie pełnych instalacji na dysk konsoli?

KOŁO SIĘ KURWA ZAMYKA

Teraz płyta staje się jedynie sposobem transportu gry, zamiast jej nośnikiem. Ten system jest bezpośrednim ekwiwalentem dystrybucji cyfrowej, bo po przetransportowaniu gry ze sklepu do naszej konsoli, płyta staje się bezużyteczna.

Takie podejście załatwia dwie rzeczy: po pierwsze dając płytę do łapy odwraca uwagę konsumentów od inherentnych konsekwencji dystrybucji cyfrowej. Nie ma to jednak znaczenia, bo gra i tak przestaje być towarem, a staje się usługą. Po drugie, Microsoft będzie nadal wysyłać towar do sklepów, a one są potrzebne, by dostarczyć konsolę do naszych domów. Gdyby Microsoft poszedł całkowicie w stronę dystrybucji cyfrowej, sprzedawcy prawdopodobnie odmówiliby sprzedaży Xbox One – na cholerę mają wciskać ludziom konsolę, jak potem nie będą mogli zarabiać na grach? Sony dostało tak po dupie podczas premiery PSP GO.

Cały mechanizm ślicznie wyjaśnił Phil Harrison:

“So, think about how you use a disc that you own of an Xbox 360 game. If I buy the disc from a store, I use that disc in my machine, I can give that disc to my son and he can play it on his 360 in his room. We both can’t play at the same time, but the disc is the key to playing. I can go round to your house and give you that disc and you can play on that game as well.

What we’re doing with the digital permissions that we have for Xbox One is no different to that. If I am playing on that disc, which is installed to the hard drive on my Xbox One, everybody in my household who has permission to use my Xbox One can use that piece of content. So I can give that piece of content to my son and he can play it on the same system.”

W skrócie: A jest takie samo jak B, bo B jest zupełnie inne niż A. Prawda, że to ma sens?

JEB SIĘ NA RYJ OCZYMYDLĄCY SKURWIELU!

look at me, I'm a huge fucking dick!

just let me put my dick cap on…

No dobrze, to nie będę mógł pożyczyć gry koledze, ale przecież Microsoft ogłosił, że będzie system handlu używanymi kopiami, prawda? No to jak w końcu?

Będzie można oddać grę do sklepu, który podpisał odpowiednią umowę z Microsoftem. Tam też będzie można kupić używane gry… za 90% RRP, flat rate (źródła: eurogamer oraz consoledealsUK).          I WISH I HAD DIARRHEA RIGHT NOW SO I COULD BE SHITTING YOU!

Dzieją się tutaj dwie rzeczy: po pierwsze małe sklepy, w których uwielbiam wymieniać gry za grosze, odpadną z rynku. Po drugie nastąpi totalne zrównanie cen, dokładnie tak, jak często ma to miejsce w dystrybucji cyfrowej. Bez względu na to, czy kupisz grę w tydzień po premierze, czy rok później, cena będzie taka sama, bo to dystrybutor ją dyktuje, nie rynek. Do tej pory jedynie dystrybucja cyfrowa potrafiła wciskać nam kilkuletnią grę za 219zł, teraz jednak taki model będzie także dotyczył kopii fizycznych.

Jaka zatem jest różnica pomiędzy grą na Xbox One kupioną na płycie, a grą ściągniętą z XBLA? Cały system jest identyczny, jedynie w pierwszym przypadku gra przychodzi do nas na płycie, a w drugim płytę zastępuje Download Manager.

Do tego wszystkiego dochodzi wymóg połączenia z internetem. Jak Phil Harrison by zapewne wyjaśnił: nasz system nie jest always-on, bo totalnie jest always-on.

Xbox One będzie wymagać połączenia z internetem podczas aktywacji gry na koncie ORAZ będzie musiał połączyć się przynajmniej raz na dobę z serwerami Microsoftu, by potwierdzić, że możemy używać zainstalowanych programów. Jeśli którykolwiek z tych kroków się jebnie, to nie możemy nic zrobić. Sam fakt, że problem z internetem w domu, lub kłopoty po stronie Microsoftu, brickują nam konsolę jest wkurwiający, ale co budzi we mnie agresję jest traktowanie klienta jak złodzieja. Co to kurwa jest, żebym musiał przynajmniej raz dziennie meldować się do Microsoftu na prześwietlenie, czy aby na pewno mogę używać gier, za które zapłaciłem? KTOŚ CHYBA CHCE DOSTAĆ W RYJA!

Kurwa, dzisiaj wypłynęły na powierzchnię wnioski patentowe Microsoftu, jak to chcą wykorzystywać Kinect 2.0 do monitorowania ile osób ogląda z tobą w salonie film. Jeśli będzie to więcej niż twoja licencja przewiduje, automatycznie ściągną dodatkową kasę z twojego konta. Zapłaciłeś raz, a oglądasz razem z 12 znajomymi? Nie będą się gapić za darmo, dawaj kasę chuju!

Więcej kurwa, dawaj dawaj, WYSKAKUJ Z KASY!

Więcej kurwa, dawaj dawaj, WYSKAKUJ Z KASY!

Te skurwiele w ogólne nie chcą sprzedawać nam gier, programów, ani urządzeń. Microsoft chce sprzedawać nam usługi. My nie kupujemy własności, my kupujemy licencję, pozwolenie na użytkowanie. To jest układ, w którym klient staje się zależny od firmy, a nie odwrotnie! To jest wyjątkowo niebezpieczna sytuacja, której negatywne konsekwencje nie są jedynie teoretyczne, bo już mamy mnóstwo anegdot i precedensów, by bać się takiego modelu. Nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek chętnie i dobrowolnie chciał powiązać swoje zakupy gier, filmów, muzyki i książek, z humorami dużej korporacji. Nie dość, że wszystko co kupimy, może w każdej chwili zostać nam odebrane, bez żadnej rekompensaty, to jeszcze pod byle pretekstem możemy zostać odcięci od naszego konta, bez możliwości dochodzenia swoich praw drogą sądową (polecam dokładną lekturę dowolnego ToS/EULA, nawet tego na Steam). Mało tego, po zakupie wadliwego produktu nie będziemy mogli nawet domagać się zwrotu pieniędzy! (tutaj polecam Origin – po prostu kurwa spalić na stosie) A co jeśli firma upadnie, lub spierdoli im się część infrastruktury? Nic mi się nie należy, bo zapłaciłem jedynie za tymczasowe użytkowanie, nie za własność.

Jak już wspominałem wcześniej taka sytuacja nie musi być od razu super mega zła, wystarczy, że ceny będą odpowiednio niskie. Wiemy już jednak, że ceny w przyszłości będą takie same, lub wyższe, jak dzisiaj za fizyczne kopie produktów. Na początku tego roku były rozmowy, że ceny gier na nową generację konsol podskoczą w Anglii do 52 funtów, a w Stanach do 70 dolarów. Dodajmy do tego płaski model cenowy gier używanych i jesteśmy w ekstremalnej dupie.

Mentalnie nadal trzymam się tego, że Gabe Newell ma serce ze złota i nie da nam zginąć, że zawsze będzie Valve…

Ale jestem wkurwiony.

EDIT

O kurwa, to właśnie mnie najbardziej denerwuje: inteligentni ludzie zapominający, że też są konsumentami  i stojący po stronie korporacji. Co za krótkowzroczność, co za brak zrozumienia problemu – porównywanie Steam, funkcjonującego w bardzo konkurencyjnym środowisku, do w pełni zmonopolizowanego XBLA jest symptomem absolutnego oderwania od rzeczywistości.

What are the civilian applications?

Jejuś, właśnie dowiedziałem się, że Iain Banks ma raka pęcherzyka żółciowego w ostatniej fazie i nie dożyje sześćdziesiątych urodzin. Jak to powiedział mój sąsiad: “There goes hard SF…”.

Sam zacząłem czytać Culture stosunkowo niedawno i ta wiadomość złapała mnie w połowie lektury “Player of Games”. Mam jeszcze przed sobą całe mnóstwo książek Banksa, ale jest mi niewiarygodnie smutno, że jeden z najważniejszych autorów science-fiction umrze w tak młodym wieku.

Fakt, że Banks niecały miesiąc temu dowiedział się, że ma przed sobą mniej niż rok życia oraz jego niesłychany dystans (Banks ostatnio ożenił się, oświadczając się słowami: “Do me the honour of becoming my widow”, i spędza resztę czasu z rodziną i przyjaciółmi) przypomniały mi historię Warrena Zevona.
Zevon również na krótko przed swoją śmiercią dowiedział się, że zostało mu kilka miesięcy życia, do czego podszedł z niesłychanym humorem. Kocham Zevona i czuję, że tak samo pokocham Banksa.

Dobrzy ludzie.

Polecam wszystkim ostatni wywiad Warrena Zevona, na niedługo przed śmiercią. Jest cudowny.

Too Old To Die Young

Dobre filmy są dobre.
Ostatnio odkrywam ukryte perełki filmowe ostatnich lat i nie mogę się nadziwić, jak mogłem wcześniej o nich nie słyszeć. Przecież ja mam takie duże uszy.

“The Escapist” jest brzydki, piękny, stary choć nowy, przygnębiający i pełen nadziei. Natrafiłem na niego grzebiąc w filmografii Dominica Coopera, a jak zobaczyłem, że gra tam też Damian Lewis i Brian Cox to już wiedziałem, że muszę zobaczyć teraz-zaraz.
Włączyłem i po piątej minucie byłem zmiażdżony wspaniałością. Montaż, dźwięk, zdjęcia, styl… Tutaj wszystko jest mega! Co więcej jest to film opowiadający historię filmowo: obrazem i sklejkami. Nie lubię filmów-słuchowisk, a “The Escapist” mówi mało i opowiada dużo. Poniżej macie otwarcie filmu (niestety niepełne):

My Mother Has Your Shotgun

Jestem bardzo, bardzo chory i mam bardzo nieprzyjemną gorączkę. Wychodzenie z psem jest teraz najtrudniejsze na świecie i trudno jest być z czegokolwiek zadowolonym. Tak leżałem gapiąc się w sufit, kiedy smarki koagulowały mi się na żółto w nosie, i stwierdziłem, że ostatnio konsole to tylko słabe PeCety, co niewiele potrafią.

Kiedy zdecydowałem się na podział Mac=praca <-> konsola=gry miało to jeszcze jakiś sens. Konsole były zawsze zgrabnymi, (semi) zamkniętymi platformami, w które nie trzeba było za bardzo inwestować na przestrzeni 5-8 lat. Gry były optymalizowane pod hardware, wkładało się płytę i można było grać. Człowiek się rozwala na kanapie przed telewizorem, trzyma kontroler na kolanach i cieszy się, że ma tak dobrze. W zamian gry są droższe niż na PC, ale na przestrzeni lat użytkownik ma poczucie, że otrzymał co chciał za uczciwe pieniądze.

Teraz jednak konsole nie oferują niczego, czym byłbym zainteresowany. Kretyński DRM z PC na konsolach otrzymał formą Online Passów, notorycznie są wydawane patche na day 1, a niektóre nawet zawierają płatny content, którego nie chcemy (najnowszy “patch” do Battlefield 3 waży ponad 1.5GB!), zdziercze ceny DLC, absolutny brak optymalizacji wielu tytułów na konsolach (bosz, Skyrim królem kupy – to nawet nie brak optymalizacji, tylko niemal niegrywalny port) i nachalne próby blokowania rynku używanych gier. Dyski twarde, które są kodowane pod konkretny unit i nie można ich używać na innej konsoli, blokowanie możliwości robienia kopii zapasowych, pół godzinne instalowanie gier na dysku… i ja za to wszystko płacę premium?

Odkąd na PC pojawił się STEAM, odkąd wysypało nam indie developerów i przyzwoitych platform do dystrybucji cyfrowej, PC wygląda mi na dużo lepszą platformę do grania niż konsola. Playstation 2 miało mieć wsteczną kompatybilność z PS ONE, ale jednak nie. Playstation 3 miało mieć wsteczną kompatybilność z PS2 i przez jakiś czas tak było, ale  nie dość, że tylko połowa gier działała jako tako (w Resident Evil 4 grałem dzięki temu, że FAT 60GB miała b/c) to jeszcze szybko Sony wyciągnęło wtyczkę i kompatybilność się skończyła. Już jest zapowiedziane, że Playstation 4 nie będzie kompatybilne z tytułami z PS3.
A wiecie co jest kombatybilne z całym mnóstwem tytułów z czasów dawnych? PC.

Za Playstation 4 będę musiał zapłacić jak za średniej klasy PC, a jedyne co będzie sensownie robić, to odtwarzać filmy z BD i pozwoli mi grać w gry za 150% ich normalnej ceny. Jeśli chcę grać na PC korzystając z telewizora, to mogę; korzystać z kontrolera od PS3 też mogę, większość gier z konsol jest też na PC  w niższej cenie, albo w internecie na nielegalu, a do tego PC ma kolosalne modding community i lepszy support, nawet od strony samych userów.

Wraz z wycofaniem się Ubisoftu z ich idiotycznego always online DRM era kurestwa dużych wydawców na PC może się powoli kończyć, kiedy w tym samym czasie konsole stają się coraz bardziej restrykcyjne i coraz mniej oferują graczom. Jak długo można nachalnie besztać klientów głupimi zagraniami biznesowymi i jednocześnie oczekiwać, że będą oni płacili za to ekstra?

Na dzisiaj nie widzę jakoś, by konsola oferowała mi cokolwiek więcej, czego nie miałbym na PC. Właściwie konsole teraz, to takie gówniane PC z drogimi grami. Mam nadzieję, że najbliższa generacja coś z tym zrobi, bo lubię podział Mac-Konsola, ale na razie jest jak jest.

A na koniec pioseneczka:

PS za 14 dni DISHONORED w Europie. Ekscytacja!

Follow

Get every new post delivered to your Inbox.

%d bloggers like this: